Siedem dni spadania.
Mam w szafie trupy, każdy ma, moje nie mają ust, ani rąk, ale grzeją kiedy już nie mogę. Nie mogę średnio kilka razy na dzień, piętnaście razy na godzinę, nie mogę co chwilę, co sekundę, ale trzymam się. Powstrzymuję, żeby nie pobiec, zatrzasnąć drzwi i spać z nimi. Ciągle, bez przerwy, bez jawy, sam sen i ja. W takich chwilach jak ta: mrowi mnie zobojętnienie - błękitne, bo chemiczne - mówię tysięcznym głosem, w językach, których nie znam i wiem w czym problem; wszystko - mimo wysiłku jaki w to nie wkładam - jest proste. Potem wydalam cały spokój przez skórę i popełniam te same błędy. Niczego nie chcę i niczego nie mam. Wychodzę na zero a mimo to odczuwam brak. skomentuj (0) _______ .somnambulizm. |